Dawniej Zielona Góra, jak każde szanujące się miasto na Śląsku, mogła poszczycić się urzędującym w mieście katem. Formalnie był on urzędnikiem miejskim, bowiem wynagrodzenie pobierał z miejskiej kasy. Było ono dosyć wysokie, stąd jedynie bogatsze miasta mogły sobie pozwolić na zatrudnienie kata. Miejscowości mniej zamożne musiały go wynajmować i ponosić koszty przejazdu, zakwaterowania oraz opłaty za jego usługę. Dodatkowo kat pobierał opłaty za rozmaite czynności, które były szczegółowo określone w cenniku, np. ściągnięcie skazańca z szubienicy, obcięcie członków lub sporządzenie maści leczniczych. XVIII-wieczny cennik usług kata pochodzący z jednego z krajów niemieckich znajduje się na ekspozycji Muzeum Dawnych Tortur. Cennik opłat za tortury (ceny w Reichstalarach i Albach). Przykładowo: rozrywanie na ćwierci czterema końmi wycenione było na sumę 5 Rt i 26 A, za spalenie żywcem 4 Rt, za powieszenie 2 Rt i 52 A.

Wedle zielonogórskich kronik miejski kat w Zielonej Górze egzekwował prawo za różne przestępstwa. Podstawowymi obowiązkami kata było wymierzanie orzeczonych kar oraz stosowanie tortur wobec oskarżonych w toku prowadzonych procesów. Oprócz tego wyłapywał bezpańskie psów, stąd często nazywano go lub jego pomocników hyclami. Innym równie nieprzyjemnym zajęciem było chowanie zmarłych. Ponadto zarządzał miejskich domem uciech, jeśli takowy w mieście występował. Mimo licznych obowiązków profesja katowska nie cieszyła się uznaniem w społeczeństwie, katem pogardzano, był on obłożony infamią społeczną. Jakiekolwiek kontakty towarzyskie były zakazane. Kat żył w izolacji i nie miał szans na podjęcie innego zajęcia. Nawet, gdy nosił prywatne ubranie był zobowiązany umieścić na nim znak informujący o swojej profesji. Mogła to być zawiązana na ramieniu żółta chusta lub znak szubienicy. Podczas mszy, kat siedział z rodziną za specjalną ścianą w kościele. Nie wolno mu było też dotykać kupowanych na targu produktów, sprzedawca podawał mu je przez specjalną szuflę, którą kat mógł sięgnąć po kupowaną rzecz. Czegokolwiek dotknął, nikt już tego nie wziął do ręki gdyż było zbrukane. Był również zmuszany do chodzenia w rękawiczkach, tak, aby nie plamić dotknięciem innych osób czy rzeczy. Społeczna pogarda wobec katowskiej profesji sprawiła, że nikt dobrowolnie nie chciał sprawować tego urzędu. Bywało tak, że egzekucji dokonywał sam poszkodowany lub jego rodzina. Z czasem powszechny stał się zwyczaj powoływania na stanowiska egzekutora przestępcy, który kierując się chęcią zysku bądź szansą na uratowanie życia, podejmował się wykonania egzekucji. Później, sukcesję po kacie przejmowali jego synowie.

Zielonogórski mistrz sprawiedliwości miał swoją siedzibę w miejskim więzieniu przy obecnym Placu Wielkopolskim, gdzie obecnie znajduje się siedziba Kurii Biskupiej. W budynku odbywały się nie tylko rozprawy, ale również kat torturował swoje ofiary. Na dawnych zielonogórskich planach znaleźć można ogród kata, który mieścił się na zbiegu dzisiejszych ulic Batorego i Dąbrowskiego z ulicą Chopina. Inną placówką penitencjarną w Zielonej Górze była Wieża Głodowa, zwana także Łaziebną, spełniająca funkcję aresztu. Egzekucję kat wykonywał poza murami miejskimi z uwagi na zagrożenie pożarowe, gdy płonął stos. W Zielonej Górze miejsce kaźni czarownic stanowił Rynek Drzewny. Wyroki łamania kołem odbywały się najczęściej na Rynku Garncarskim – obecnie Plac Pocztowy. W kronikach miejskich szubienica stała na ulicy Schweidnitzershausse czyli w okolicy dzisiejszych ulic Wyszyńskiego i Łużyckiej. Wykonanie kary śmierci poprzez powieszenie było najbardziej popularnym sposobem zgładzenia ofiary. Jednak zgodnie z niemieckim prawem wymagało zezwolenia władcy. Szubienica najczęściej była drewniana ustawiona na kamiennej studni. Kat wykonywał kary śmierci zwykłe, czyli ścięcie i powieszenie oraz kwalifikowane, czyli połączone z dodatkowymi torturami. Zgodnie z ciężarem winy na oskarżonego czekał określony wyrok. Hańbiący charakter śmierci przez powieszenie dotyczył najczęściej osób, które dopuściły się zabronionego czynu, kierując się chęcią zysku. Publiczne egzekucje były – w założeniu – spektaklami zaplanowanymi czasami na cały dzień. Ta praca wymagała sporego kunsztu, gdyż widzowie obserwujący egzekucję, domagali się perfekcyjnego przedstawienia. Kaci często ćwiczyli cięcia na zwierzętach i manekinach, aby wiedzieć jak bezbłędnie zadać śmiertelny cios. Katowski miecz różnił się od zwykłej broni, był dużo cięższy, miał szeroką głownię i ścięty sztych. Często też był wykonywany z myślą o konkretnej osobie. Właściciel traktował go jak osobistą relikwię. Na głowni niejednokrotnie były wyryte symbole jak koło czy szubienica, oznaczające profesję właściciela. Zdarzało się, że na mieczach umieszczano sentencje, które zawierały prośby, by nie oceniać surowo kata, gdyż jest on tylko narzędziem sprawiedliwości lub napomnienie ofiary, że spotykająca ją kara jest następstwem popełnionych przez nią przestępstw.