Australia. Koniec świata… Ale jaki piękny i niezwykły! Myślę, że wszystko stało się przypadkiem. W latach 70. ubiegłego stulecia korespondowałem z Lucią. Listy stamtąd pachniały słońcem i miały takie nietypowe znaczki pocztowe. Lucia przysłała mi misia koala z prawdziwego futra. Teraz już nie robi się tam takich „pamiątek”. Dostałem od Niej także płytę z największymi przebojami grupy Sherbet. Byłem „panem świata”! Chyba nikt w Polsce nie miał takiego albumu. W latach 80. grałem w radiu muzykę najpopularniejszych grup australijskich. Takich jak INXS, Men At Work, Little River Band, Midnight Oil. Jeszcze wtedy nie marzyłem o wyprawie w tamte rejony. Były nieosiągalne. W połowie lat 90. zadzwoniła do mnie Iwona z Adelajdy. Wcześniej pracowała w Trójce i wyemigrowała na Antypody. Zapytała, czy chcę tam polecieć. Na cztery spotkania z Polonią. W Perth, Adelajdzie, Melbourne i Sydney. Na 4 tygodnie. Kto by nie chciał? Poleciałem w styczniu 1995 roku i… wpadłem z kretesem! Zobaczyłem najwspanialszą przyrodę na Ziemi, najpiękniejsze wschody i zachody słońca. Niebo nigdzie nie było tak wysoko. No i odkryłem wino. Wcześniej takiego nie piłem.

Od tamtej pory odwiedziłem Antypody już 10 razy. Trzy razy Nową Zelandię, trzy razy Tasmanię. Dlaczego Australia? Nie wiem… Tam jest to coś, że chce się wracać. Każdy, kto tam był też mi to mówi. Miłość, fascynacja, uzależnienie. Samo dobre. Poza tym tam jest wszystko „do góry nogami”. Lubię uciekać od zimy, bo tam wtedy jest właśnie lato. Zjawiskowo piękne miejsca, sympatyczni, uśmiechnięci ludzie, którzy na każdym kroku mówią: „no worries mate!”. To w zasadzie znaczy wszystko. Nie przejmuj się, będzie dobrze, ja Ci pomogę, uśmiechnij się… Tam wszystko wydaje się proste, łatwe. No i to słońce! Pomaga na wszystko. Znaczy trochę też może zaszkodzić, ale o tym może innym razem.

A może to jest tak, że lubię wracać do miejsc, które lubię? 10 razy Korsyka, 10 razy Australia. Tam właśnie „złapała mnie” chęć fotografowania. Ocalać chwile na zdjęciach. No bo czym jest fotografia? Zatrzymaniem w kadrze. Zawsze sobie mówię, że to mój ostatni raz. Podróż jest długa i długo się ją pamięta. Ale tylko do następnego razu. Teraz chcę odwiedzić Australię zimą, znaczy w lipcu, kiedy u nich jest zima. Moje dotychczasowe podróże odbywały się miedzy listopadem a marcem. Wiosna, lato jesień… wszystkie piękne. Zima da mi możliwość zobaczenia takich miejsc jak Kimberley. Śni mi się po nocach. Czy uda się przeżyć coś jeszcze bardziej ekscytującego niż Uluru, Kata Tjuta, Wave Rock, Margaret River, Lucky Bay… Długo by wymieniać. Czy uda mi się pokazać Państwu „moją Australię”? Mam tremę, ale i cieszę się na to nowe dla mnie doświadczenie.

I jeszcze jedno. W tych dniach Australia przeżywa największy od ponad 100 lat kataklizm ognia i wody. Victoria płonie… Queensland tonie… To chyba jednak ocieplenie klimatu. Tam to widać najwyraźniej. Woda z nieba, ale podpalenia od ludzi. Głupota ludzka nie zna granic. Spłonęły miliony zwierząt, setki ludzi. Kiedy odwiedziłem Australię pierwszy raz w 1995 roku, w Queensland żyło milion misiów koala. Teraz jest ich tam mniej niż sto tysięcy. Kończy się świat, jaki znaliśmy. Taka kolej rzeczy?

Marek Niedźwiecki (marzec 2009)

Więcej zdjęć na www.marekniedzwiecki.pl

, relacja ze spotkania z autorem – tutaj.

Sponsorzy wystawy:

www.eseven.pl/komputery/
www.ec.zgora.pl/
www.lubtour.tp2.pl/index.php
www.max-reklama.com.pl/
www.piotripawel.pl/